|
- Być aktorem według Alberta Osika….
- To przede wszystkim praca, ciężka praca nad
sobą, dyspozycyjność, pasja… absolutna pasja. Dla mnie bycie aktorem to nie
tylko zawód, ale również styl życia. Jeśli robisz to, co lubisz, to nigdy nie
pracujesz. Wielu młodych ludzi uważa aktorstwo za łatwe zajęcie, często bywa
tak, że po czwartym roku nauki na artystycznej uczelni zderzają się z
rzeczywistością, że teatry nie stoją otworem, że ciężko jest się do nich przebić.
W tym roku 1200 osób podchodzi do egzaminów w łódzkiej filmówce, z czego około
dwadzieścia osób dostanie się na uczelnie.
- Co poradziłbyś takim młodym ludziom?
- Chyba najpierw odradziłbym im ten krok,
przygotowywałem kilka osób do szkoły, które na tych zajęciach przekonały się,
że aktorstwo to jednak nie jest zabawa. Żeby pojąć tekst w całości trzeba go
pogiąć w różne strony, sporo pracować nad nim. Osobiście mam łatwość w
zapamiętywaniu tekstu i jest to wielki plus w tej pracy, gdyż nie muszę
godzinami ślęczeć nad scenariuszem, żeby czegoś się nauczyć.
- Jak łączysz bycie ojcem i mężem z aktorstwem?
- Nigdy tego nie rozgraniczałem, po prostu taka
jest kolej rzeczy. Wracając z pracy nigdy nie kładę się na kanapę, gdyż zawsze
jest co robić, staram się również odciążyć moją żonę Paulinę w domowych
obowiązkach. Dzięki dzieciom mój dzień zaczyna się dużo wcześniej oraz wcześniej
się kończy. Dzieci bez wątpienia to motor napędowy i wielka radość.
- Doszły mnie niepokojące słuchy, ze odchodzisz z
Nowego Teatru w Słupsku, czy to prawda?
- Niezupełnie, to jest na innej zasadzie. Rezygnuję
z etatu w Nowym Teatrze, mam jednak nadzieję, na dalszą współpracę. Razem z
żoną śmiejemy się, ze staliśmy nad przepaścią i zrobiliśmy śmiało krok do
przodu. Na jesieni zaczynam współpracę z Wojciechem Malajkatem, będzie to
spektakl pt. „Skazani na Shawshank” w Warszawie.
- Czy uważasz, ze praca w Słupsku Cię rozwija?
Nie ciągnie Cię do wielkiego miasta?
- Oczywiście, że rozwija. Uważam, że nikt inny
nie dałby mi takiej szansy, jaką dostałem właśnie w Słupsku, otrzymałem tu
wielki kredyt zaufania, możliwość reżyserowania. Gram wiele sztuk, czy to farsy,
czy dramaty. Jestem bardzo zadowolony z pracy w Nowym Teatrze, a doświadczenie
tu zdobyte znacznie poprawiło moje aktorskie CV. Słupsk ma jedną, jedyną wadę –
spod mojej klatki schodowej do teściów mam 640 kilometrów, co
znacznie utrudnia nam mieszkanie tutaj. Mamy trójkę dzieci, a jak wiadomo,
pomoc babci jest bezcenna - będąc w Słupsku jesteśmy tego pozbawieni. Jednak dzięki
znajomym jakoś dajemy sobie z tym radę.
- Czy pracujesz teraz nad czymś nowym w Słupsku?
- Tego jeszcze nie wiem, rozmawiałem z dyrektorem
w maju i doszliśmy do kompromisu. Będę nadal występował na słupskiej scenie,
jesteśmy w trakcie prób do „Wariata i Zakonnicy” w reżyserii Jacka Bunscha. Premiera
tego spektaklu została zaplanowana na 10 września.
- Czy wzorujesz się na kimś?
- Zawsze, kiedy pracuję nad rolą, staram się
wcielić ją w aktora, który pasuje mi do tej postaci. Czasami jest to Marcel Wiercichowski,
czasami Borys Szyc, różnie…
- Czym zajmujesz się w wolnych chwilach?
- Uwielbiam gotować, stawiam na staropolską
kuchnię, lubię gotować bigos przez 5 dni. Pomysły na gotowanie przychodzą mi
same - odprowadzam dziecko do przedszkola, przechodzę obok warzywniaka i kupuje
składniki na pyszną sałatkę, bądź obok mięsnego i wybieram schab. Wtedy wiadomo
już, że będzie to schab ze śliwką. Uwielbiam zajmować się dziećmi, chodzimy do
parku, jak wspominałem mam trójkę wspaniałych dzieciaczków: dziesięciomiesięczną
Aurelie Marię, dwuletniego Tymoteusza Jan(a) Osik(a) oraz najstarszą,
czteroletnią Natalię Barbarę.
- Twoja największa miłość…
- Dzieci, żona - po prostu rodzina, później
teatr. Gdyby była taka konieczność, na pewno zrezygnowałbym z grania, z rodziny
nigdy. Moje miejsce na ziemi jest wszędzie, tam gdzie jest Paulina z naszymi dziećmi.
Rozmawiała Patrycja Okuniewska
|